Wywiady

W rozmowie z nami Ziemniak konfrontuje się z tematem dram na YouTube

Ziemniak

Ludzie interesują się twoimi pieniędzmi i twoimi upadkami. Celnie wytłumaczył to PewDiePie na podstawie clickbaitowych artykułów z jego nickiem w tytule, które każdego dnia zalewają sieć.

Ziemniak to profesjonalista. O ile jego pseudonim z początku może bawić, o tyle dopracowane w każdym calu filmy wzbudzają podziw. Mimo że ma ponad 180 tys. subskrybentów i ogromną siłę przebicia, pozostaje bezkonfliktowy. Można by nazwać go ostoją racjonalizmu na YouTubie pełnym kłótni i niedomówień. Dlatego to właśnie jego poprosiłem o wywiad w tym burzliwym momencie, gdy na naszych oczach rozgrywa się drama Sylwestra Adama Wardęgi z Gargamelem, a do nich właśnie dołączył Friz, o którym pisaliśmy niedawno, wymierzający sprawiedliwość w Rukiego.

Ksawery Tyzo: Ostatnio widzowie mają wątpliwą przyjemność być świadkami i poniekąd uczestnikami wielu dram. Interesujesz się tym?

Piotr „Ziemniak” Latała: Będąc twórcą na YouTube i czynnie obracając się w tym środowisku, trudno jest nie słyszeć o sytuacji panującej na polskim podwórku. Chcąc nie chcąc to rynek, na którym działam.

Nie uważasz, że widzowie są przez te wszystkie swary notorycznie dzieleni na pół?

Moim zdaniem z jednej strony jest to istotny problem, ale z drugiej też zaleta. Dlaczego? Większość widzów to osoby młode, które poszukują wzorca i przynależności do kogoś wyrazistego. Nawiążę tutaj do sytuacji, którą pamiętam jeszcze ze szkoły. Osoby słuchające metalu często chodziły w glanach i flanelowych koszulach z pieszczochami. To im dawało siłę by przychodzić na lekcje – doskonale wiemy, jak wymagające potrafią one być. Tutaj jest podobnie. Każda ze stron ma swoją rację, a widzowie opowiadają się za jedną z nich i identyfikują się z nią zwalczając za wszelką cenę drugą.

I nie ma nic w tym złego, gdyby nie panowało powszechne przeświadczenie o bezkarności w internecie. Nastolatkom wydaje się, że tutaj można przekraczać wszelkie granice. Gdy toczy się drama, która dotyczy działań twórcy na niekorzyść widza, dajmy na to ustawiania konkursów, to tutaj w pełni rozumiem zażenowanie komentujących, ale gdy rozchodzi się o mniej istotne zarzuty, gdzie strony podają opinie jako argumenty, to ostre komentarze są moim zdaniem nie na miejscu. Podziały stają się zbyt silne.

Chciałbym nawiązać jeszcze do ostatniej, wciąż nierozstrzygniętej dramy Gargamel vs Wardęga, ale zupełnie przy tym nie protegując którejś ze stron. Sylwkowi można było zarzucić, że nie opublikował niepociętego materiału, więc mógł nim manipulować. Wprawdzie zyskaliśmy już dostęp do „surówki” i wiemy, że taki po prostu był jego zamysł artystyczny, ale to nieistotne – jak już mówiłem, nie chcę oceniać. Gargamelowi można zarzucić natomiast, że jako dowód przedstawił niewłaściwe zdjęcie skrzyżowania. Okej, fajnie, przyjął błędne założenia, ale nadal to nic spektakularnego! A mimo wszystko teraz po popularnym w internecie „JD”, często widuję nowe formy: „JW” oraz „JG”, gdzie pierwsza litera odpowiada za popularne przekleństwo, a druga – ksywkę hejtowanego twórcy. Czy aby na pewno warto tak skrajnie traktować strony konfliktu?

Wracając do „JD”, widziałem jak Disstream usiłował prowadzić dialog z hejterami – próbował się dowiedzieć, dlaczego dany człowiek go obraża, a ten odpowiadał, że po prostu… „JD”. Nic więcej, tak mówi bez zastanowienia i tak jest dobrze. Na zasadzie: „Dlaczego? Bo tak”. Dopasował się do wzorca, bezpodstawnej nienawiści do danego twórcy podzielanej przez setki osób, i kurczowo się tego trzyma, by przynależeć do grupy.

W przypadku ustawiania konkursów, czyli jawnego oszukiwania internautów, drama jest mimo wszystko bardziej czymś pozytywnym niż negatywnym, mam rację? To przecież dążenie do prawdy.

Tak, ponieważ YouTube bazuje na zaufaniu widzów wobec twórcy. Przykładowo, ja tworzę sporadycznie różnego rodzaju recenzje oraz testy. Czasami ktoś zawrze w treści komentarza, że pewnie dostałem „kupę siana” za promowanie produktu, który w rzeczywistości jest bublem. Jeżeli raz bym tak zrobił, to wszystkie moje słowa należałoby dzielić na pół, albo na osiem. Nie byłbym słowny, straciłbym wiarygodność. Muszę wszystko robić zgodnie ze swoim sumieniem i jeśli dany produkt ma wady, to mówię o tym otwarcie. Podobnie jest z konkursami. Dla twórcy zasięg jest najważniejszy, bo to determinuje ile jest on wart dla reklamodawcy. Organizując giveaway dodatkowo zachęca widzów do interakcji (np. udostępniania, lub komentowania postów na Facebooku). Jeżeli zgodnie z zasadami stworzy konkurs, wybierze, lub wylosuje odpowiednio zwycięzców i przekaże wygraną, to nie można mu niczego zarzucić. Ale ustawiane konkursy, lub fałszywe, to tylko sztuczne „pompowanie jego socialek”, jak to niektórzy mówią.

Wtedy też rozumiem zażenowanie społeczności, bo jak ktoś dotychczasowo był „kumplem” YouTubera, z którym spędzał całe godziny przy jego twórczości, brał z niego przykład i starał się np. tak jak on otworzyć się przed ludźmi, a teraz dowiaduje się prawdy, że osoba, której zaufał, kłamała w żywe oczy sztucznie się uśmiechając i nazywając widzów „kochanymi”, to może przeżyć szok.

A czy nie uważasz, że w pewnych przypadkach dramy są po prostu dla obu stron opłacalne?

To też prawda. Ilu twórców „wybiło” się na dramach? Mnóstwo! Tylko że niektórzy, by utrzymać satysfakcjonujące ich wyświetlenia, muszą dalej mieszać swoją głową ten sam garnek z bigosem. Czasami gdy słyszy się o większych twórcach, którzy działają przeciwko sobie, tak naprawdę ma się do czynienia z korzystną dla obu stron protokooperacją. Dla zainteresowanych YouTubem znaczący twórcy są celebrytami i ich kłótnie, to jak dla innych kłótnie tych nieinternetowych celebrytów, o których można poczytać w gazetach typu „Życie na gorąco”, po które sięga moja babcia. Życie jest szare. Mocne emocje stanowią jedynie mały procent całego naszego bytu, więc drama poniekąd pełni funkcję rozrywkową, wzbudza zainteresowanie i nawet gdy strony się pogodzą, pójdą na jakiś układ, czy dojdą do consensusu, to i tak ich zasięgi wzrastają. Gorzej jak mamy np. jakiegoś małego twórcę, który jak taka Chihuahua szczeka na większego, bo wie, że to prosta, szybka droga na szczyt.

Czy takie zachowanie mieści się w normach moralnych?

„Business is business” ktoś by ci powiedział. Jeśli gość chce być „wielkim twórcą”, to będzie próbował do celu dojść za wszelką cenę – po trupach. Dużo wielkich firm powstało z kradzionych (dobra… „zapożyczonych”) pomysłów i dzisiaj ich założyciele są milionerami. To pewien sposób działania, ścieżka! Internet ma ADHD, dzisiaj pamięta o twoich przewinieniach, jutro nie. Tutaj wszystko szybko się zmienia. Można oczywiście starać się innych umoralniać, że takie postępowanie jest niewłaściwe. Jednakże jeżeli czyjaś ścieżka po subskrypcje jest taka, a nie inna, to marne szanse by ją powstrzymać.

Ja np. jestem człowiekiem dosyć spokojnym. Nie wzniecam usilnie przepychanek, choć może chciałbym uczestniczyć w jednej, bo w końcu… wyświetlenia. Proszę o kontakt, jeśli ktoś życzy sobie jakąś dramę, ale delikatną, bo nie chcę PR-u sobie niszczyć (śmiech). Ale mówiąc poważnie, postępując zgodnie ze swoim sumieniem przez cały okres działalności na YouTube, przypływ nowych osób na skutek kontrolowanej dramy, której padłbym ofiarą, nie zapełniłby dziury w moim sercu po straceniu widzów, którzy mieli mnie za wzór do naśladowania, czerpali ze mnie inspiracje i motywowali swoje działania, patrząc przez pryzmat tego, jak ja rozwiązuje swoje problemy; jak postępuje w życiu i jakich aktywności się podejmuję, żeby nie tracić czasu, a wykorzystywać go w stu procentach.

Czy niektórzy nie postępują zbyt lekkomyślnie nazywając kogoś „oszustem”, „złodziejem” itd., bazując jedynie na przypuszczeniach lub zwykłej niechęci do drugiej osoby? Sam wspomniałeś o PR-ze. Przecież na YouTubie nienaganny wizerunek, przez wzgląd na oczekiwania potencjalnych reklamodawców, jest nieocenioną wartością.

Zgadzam się. Nazywanie kogoś „oszustem” czy „złodziejem” nie mając całkowitej pewności co do informacji, którą się przekazuje, jest niewłaściwe. Bardzo łatwo można tym kogoś skrzywdzić, a nawet zniszczyć mu karierę. Jeżeli za paskudnym oszczerstwem stoi twórca, który jest liderem opinii, to sprawia, że jego fani je do siebie przyjmują jako prawdziwe. Jeżeli ktoś ma pewność, niech wali wprost, że dany YouTuber zrąbał po całości. Ale jak tylko bazuje na przypuszczeniach, to może warto jest wyjaśnić je z tą osobą, a nie bez namysłu atakować ją publicznie. Ale co ja tam wiem. Krzykliwe tytuły dobrze się sprzedają. „Business is business”, jak już wspominałem. Ludzie interesują się twoimi pieniędzmi i twoimi upadkami. Celnie wytłumaczył to Felix Kjellberg aka PewDiePie na podstawie clickbaitowych artykułów z jego nickiem w tytule, które każdego dnia zalewają sieć. Cokolwiek Felix powie to z jego wypowiedzi wyrwanej z kontekstu dziennikarze z łatwością uczynią skandal. Żaden z nich rzecz jasna nie wspomina o jego działalności charytatywnej, bo i kogo to interesuje.

Czy jawi się choć cień szansy, że dramy przestaną występować?

Można zauważyć, że ludzie coraz szybciej nudzą się nowymi trendami. Jak to było ostatnio: czy za „x” komentarzy i „y” like’ów pod zdjęciem dostanę darmowe buty? Teraz takie zachowanie potępiane jest w większości miejsc w sieci. Zauważyłem w sekcji komentarzy pod ostatnią dramą, że coraz częściej ludzie oburzają się powtórką z rozrywki, kolejną sensacją. Może ludzie dorośli? A może nasze podwórko czeka oświecenie i internauci wreszcie skupią się na tym, co jest najważniejsze [tworzenie dla widzów – przyp. red.] i zwyczajnie dramy zaczną omijać szerokim łukiem? Ale… na to pytanie boję się jednoznacznie odpowiedzieć. Gdybym stwierdził, że tak, raczej zakrawałoby to o oczekiwanie na utopię (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Ja również, pozdrawiam wszystkich.

Dodaj komentarz

Najpopularniejsze

Wszystko o polskiej scenie YouTube.

© 2016 - vStars.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Sekretarz redakcji - Ksawery Tyzo.

To Top