Wywiady

Paweł Opydo vs książki youtuberów

„Lektury szkolne od lat kojarzą się z nudnym badziewiem. Serio, więcej w celu zmiany tego wizerunku zrobił Mietczyński niż cały system edukacji.”
fot. Marcin Michno

Rozmowa z Pawłem Opydo, blogerem, youtuberem, prowadzącym podcastów (np. „Zombie vs Zwierz”), a jednocześnie – wg. rankingu sporządzonego przez CKM – trzecim najbardziej pożądanym przez Polki mężczyzną. Warto zobaczyć, jak w tym wywiadzie, Paweł rozprawił się z książkami youtuberów oraz z polskim systemem szkolnictwa. 

Ksawery Tyzo: Czy należy być profesorem na Wydziale Polonistyki i pamiętać rewoltę grudniową, która wydarzyła się w 1970 roku, aby móc napisać książkę?

Paweł Opydo: Nie, każdy może to zrobić, o ile w swoim dziele nie zawrze czegoś, co jest niezgodne z obowiązującym prawem. A to, czy ktoś zechce tę książkę wydać albo kupić, to już zupełnie inna sprawa.

Ale coraz powszechniejsza jest opinia, że wypada być utytułowanym i dużo „wiedzieć o życiu”, aby zasłużyć na niepisane przyzwolenie na wydanie własnych „kilku stron”. A gdy nastolatek, youtuber, postanowi przelać swoje relatywnie niedługie życie na papier, to rozpoczyna się szydzenie i umniejszanie. Czy słusznie?

Patrzysz na to bardzo skrajnie. To, że ludziom się nie podoba, że 16-latek wydaje autobiografię żeby wyciągnąć kasę od swoich fanów nie oznacza jeszcze, że książki powinni pisać tylko utytułowani profesorowie. Pisać je powinny osoby, które mają coś do powiedzenia, niezależnie od wieku czy wykształcenia.

W przypadku gwiazd YouTube coraz powszechniejsze jest pisanie książek tylko dlatego, że zwykle znajdzie się na nie rzesza klientów przyciągniętych przez nazwisko idola – choć oczywiście nie można uogólniać, każdy kto miał w rękach na przykład książkę Red Lipstick Monster wie, że to doskonała pozycja w swojej kategorii.

Ale… większość z tych tytułów jest całkowicie pustą, nic nieznaczącą papką. Czy lepiej ją „spożyć” i zawyżać polską średnią mając przynajmniej jedną przeczytaną książkę w roku, czy może korzystniej dla czytelnika byłoby po nią w ogóle nie sięgać?

Nie wiem, nie czytałem żadnej z tych książek. Jednakże z tego co mi wiadomo, czytanie ma na celu sprawić przyjemność, a nie zawyżać statystyki. Jeśli komuś taka książka sprawi radość, to dlaczego miałby jej nie kupować?

Wiesz, to zagadnienie jest dosyć problematyczne. Z jednej strony można powiedzieć, że to zwykłe wyłudzanie pieniędzy z kieszeni fanów, którzy kupią wszystko, co ma na okładce twarz idola. Że powstają pozycje pozbawione treści, wypełnione obrazkami i po prostu bezwartościowe. Ale z drugiej strony: jeśli fanom to się podoba, to… czy możemy im tego zabronić?

„Nic, co ludzkie, nie jest mi obce.” Wiele rzeczy, które sprawiają konsumentom przyjemność, jest wręcz nieetycznych i nieprzyzwoitych. Czy nie uważasz, że współczesna dostępność „wszystkiego”, na co jest popyt, zabija kulturę – książki, muzykę bądź sztukę?

Książki youtuberów to trend podobny do wydawania popularnych fanfiction. Rynek jest trudny, więc wydawca cieszy się, jeśli może w jakiś sposób zweryfikować wydawaną pozycję. Jeżeli produktem, który chce sprzedać, jest fanfiction z milionami odsłon na koncie, po pierwsze automatycznie trafia do jego fanów, po drugie ma swego rodzaju potwierdzenie jego potencjału. W ten sposób na rynek trafiają amatorskie gnioty w rodzaju „50 twarzy Greya” (pierwotnie fanfiction do „Zmierzchu”) czy „After” (pierwotnie fanfiction o… członkach zespołu One Direction).

W przypadku gwiazd YouTube wydawca ma gwarancję, że fani danego twórcy sięgną po jego pozycję i raczej nie będą mieli wobec niej szczególnie wygórowanych wymagań. Przy tym pamiętaj, że w Polsce wydaje się jakieś 25-30 tysięcy tytułów rocznie. Duża część z tego to gnioty. Czy naprawdę te kilka dodatkowych robi taką różnicę? Zwracasz uwagę na youtuberów wydających kiepskie książki, a prawda jest taka, że istnieją tysiące anonimowych debiutantów wydających książki jeszcze gorsze – tylko po prostu ich nie znasz. No i nie możemy założyć, że każdy internetowy twórca pisze wyłącznie z pobudek komercyjnych – to byłoby krzywdzące dla tych, którzy faktycznie mają coś do powiedzenia.

Ale książki pisarskich kotów nie wpływają w tak znacznym stopniu na młodzież, co w kupowane setkach tysięcy twory sygnowane przez YouTuberów. Nie obawiasz się tego, że zaniknie potrzeba zażywania kultury wyższej? Przecież duże korporacje, które sprawują dziś mecenat, nie kłopocą się i zamiast wspierać np. muzykę klasyczną, wolą finansować hip-hopolo.

Problem ten istnieje od około 3000 roku p.n.e, kiedy starożytni Egipcjanie byli zaniepokojeni uproszczonym systemem hieroglifów używanym przez młodzież. Jak na razie zapowiadany upadek cywilizacji nie nastąpił. Serio, całe życie słyszę o tym, że kultura zmierza w kierunku przepaści. W latach 90. mówiło się, że prawdziwa muzyka była w latach 70. W latach 70. zaś dorośli byli przerażeni jazgotem, którego słuchała młodzież. Niedługo dojdziemy do wniosku, że w latach 90. panował porządny pop, a teraz to tylko badziew i upadek muzyki. Serio?

„Duże korporacje” promują to, co najlepiej zarabia odkąd istnieją. Na tym polega bycie dużą korporacją. Nastolatkowie łykają to, co popularne… też odkąd istnieją (nie jestem pewien kto i dlaczego wynalazł nastolatków). Naturalny proces rozwoju człowieka prowadzi go w końcu do samodzielnego myślenia i szukania czegoś, co jest naprawdę dobre. Dzisiejszy 15-latek czytający książki youtuberów za 10 lat sięgnie po poważną literaturę. Albo nie sięgnie, ale naprawdę, to co dziś czyta nie ma na to większego wpływu.

Czyli Coca-Cola walcząca o miejsce w teledysku chłopaka z grzywką, pryszczem i gitarą oraz twarze YouTuberów na półkach dla bestsellerów w Empiku, nie zaburzą porządku świata, ale są jego naturalnym elementem.

Jeszcze niedawno niepokój rodziców budziły młode dziewczyny, które pocięłyby się dla Justina Biebera. Wcześniej młode dziewczyny, które pocięłyby się dla Justina Timberlake. Jeszcze wcześniej dziewczyny chciały się ciąć dla Beatlesów. A dziś? Dziś Justin Timberlake jest artystą pełną gębą, Justin Bieber za parę lat pewnie też spoważnieje a nastolatki szaleją za Justi… przepraszam, Jasiem Dąbrowskim. To naturalny krąg życia.

Nie mówię, że problem nie istnieje. Nie zabraniam oczywiście nikomu wydawać książki, ale po prostu nie wierzę, że YouTuberzy nagle doszli masowo do wniosku, że muszą coś przekazać światu. Tyle że rozwiązaniem tego problemu nie jest walka z młodymi idolami i komercyjnymi wydawnictwami, tylko proponowanie alternatywy. A tego zrobić nie ma komu, bo polska szkoła nie potrafi znaleźć skutecznego sposobu na wciągnięcie nastolatków w świat czytania. I to o to powinniśmy mieć ból dupy – lektury szkolne od lat kojarzą się z nudnym badziewiem. Serio, więcej w celu zmiany tego wizerunku zrobił Mietczyński niż cały system edukacji.

Paweł Opydo na ministra edukacji? Może przydałby się świeży powiew „zepsutego pokolenia” w parlamencie?

To, że krytykuję system edukacji nie oznacza, że nadawałbym się na ministra. Tak samo jak krytykując film nie piszę się na stanowisko reżysera kolejnej części.

Ale ogólnie tak, uważam, że polska edukacja znalazła się w niedobrym miejscu. Stała się czymś w rodzaju fabryki ludzi myślących w ustandaryzowany sposób, w wielu aspektach jest archaiczna. Aby uświadomić sobie złożoność tego problemu polecam np. zapoznać się z tym w jaki sposób restrukturyzuje się amerykański system edukacji oraz w jaki sposób wykorzystuje się tam technologię (w polskich szkołach technologia nadal bywa złem, które należy zakazać, a najlepiej to w ogóle skonfiskować).

Dopóki podstawa programowa pozostaje w niezmienionej formie, może warto by było aby to właśnie nauczyciele namawiali swoich uczniów do szukania perspektyw także poza murami szkoły?  Aby pokazywali także inne drogi rozwoju, a nie tylko bezmyślne zbieranie ocen i wpasowywanie się w klucz.

Oczywiście, ale musielibyśmy założyć, że każdy nauczyciel posiada dar rozmawiania z młodymi ludźmi i wystarczające pokłady charyzmy, aby przekonać 15-latka (serio, spróbuj przekonać 15-latka do CZEGOKOLWIEK) do szukania sukcesu i możliwości spełnienia się poza szkołą.

Niestety nauczyciele mają często kilkudziesięcioletni staż w zawodzie, przez co podchodzą do niego nieco mechanicznie. Ot, kolejna klasa, kolejna lektura do przerobienia. Mogliby uczyć młodych ludzi szukania dobrej literatury na własną rękę, samodzielnej interpretacji bez użycia podręcznika i tak dalej – ale to wymaga cierpliwości i wysiłku, więc niekoniecznie chcą się tego podjąć.

Nie chcę brzmieć tak, jakby wina leżała wyłącznie po stronie nauczycieli – trudno od nich oczekiwać, że będą idealistami działającymi wbrew systemowi.

A czy ty, nagrywając filmy, masz poczucie, że edukujesz swoich widzów i czytelników?

Mój główny program – „Złe książki” – to przede wszystkim seria humorystyczna. Filmy z tego cyklu nie mają ambicji bycia poważnymi recenzjami albo analizami. Nie zmienia to faktu, że regularnie dostaję sygnały od początkujących twórców fanfiction, którzy dostrzegają w nich aspekt edukacyjny (w sensie: „tak robić nie mamy”).

Oprócz tego na moim kanale nieregularnie publikuję też filmy o różnych sprawach społecznych, których celem jest edukowanie widzów w kwestiach tolerancji czy równouprawnienia. Prowadzę też serię o źle rozumianych powiedzeniach, która – jakby się zastanowić – jest formą przekazywania jakiejś wiedzy.

Bo porzekadło „wyjątek potwierdza regułę” nie zawsze jest odpowiednim argumentem do zakończenia sporu?

Zwykle jest, pod warunkiem, że korzysta się z niego prawidłowo, a to zdarza się zaskakująco rzadko.

Korzystając z tego, że rozmowa zboczyła na temat wyjątków, moim zdaniem jednym z nich jest twoja postawa: to, że nie generalizujesz, nie sprowadzasz do ogólników. Że masz odwagę bronić słabszych i dyskryminowanych. Dziękuję Ci za nią równie mocno, co za czas, który poświęciłeś na rozmowę ze mną.

Dziękuję również. Pozdrawiam moją mamę i tatę.

Dodaj komentarz

Najpopularniejsze

Wszystko o polskiej scenie YouTube.

© 2016 - vStars.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Sekretarz redakcji - Ksawery Tyzo.

To Top